Hoffen znaczy mieć nadzieję

Tomasz Urban

Walczą sami przeciw wszystkim wokół. Niczym Galowie z Imperium Rzymskim. Nie ma bardziej niepasującej miejscowości do Bundesligi niż Hoffenheim, które jest tak malutkie, że zespół mecze rozgrywa w położonym nieopodal Sinsheim. Taka niemiecka Nieciecza. I o ile Nieciecza chyba powoli wbija się w świadomość polskiego kibica, obserwatorzy chwalą zespół Piotra Mandrysza za bardzo poukładaną i ładną dla oka grę, o tyle Hoffenheim w Niemczech życzy się raczej wszystkiego najgorszego, oczywiście w wymiarze sportowym. Klub jest drzazgą w oku dla wielu, bo jest sztucznym tworem, w zasadzie kaprysem Dietmara Hoppa – potentata w branży informatycznej, bo nie gromadzi zbyt wielu widzów ani przed telewizorami, ani na trybunach. Ostatnie spotkanie z Mainz przyszło obejrzeć jedynie 24 tysiące widzów. Jedynie… Aż by się chciało zacytować mądrość życiową Freda z kultowej komedii Chłopaki nie płaczą. To co dla niektórych jest sufitem, dla innych jest podłogą…

Wydawało się, że w tym sezonie już nic ich nie uratuje. Nic i nikt. Nawet tak znamienity ratownik, jak Huub Stevens. Fatalna jesień, równie kiepski początek wiosny i szorowanie dna tabeli do spółki z absolutnie beznadziejnym Hannoverem. Po żenującej porażce z Darmstadt ze stanowiska trenera z powodów zdrowotnych zrezygnował Huub Stevens i sytuacja Hoffenheim zdawała się być wręcz tragiczna, także przez wzgląd na zobowiązania w stosunku do 28-letniego Juliana Nagelsmanna, który już w listopadzie podpisał umowę na przejęcie zespołu od nowego sezonu. No bo który trener zgodziłby się przejąć zespół będący w fatalnym położeniu tylko na 12 kolejek? Nagelsmann w teorii nie mógł tego zrobić, bo wiosnę miał zarezerwowaną na spokojne zdawanie egzaminów. Teoretycznych. Nawet w ten poniedziałek zdawał egzamin z wiedzy piłkarskiej, a wczoraj z teorii odżywiania. Tyle tylko, że priorytety się pozmieniały. Spokoju już nie ma. Teoria teorią, ale życie wymusiło na nim, aby przeszedł kurs praktyczny i to w trybie nagłym.

zuschauer

Tyle widzów przed telewizorami gromadziły na jesieni poszczególne kluby transmisje meczów w kodowanym Sky’u. 

Co ma do stracenia? W gruncie rzeczy niewiele. Jeśli spadłby z zespołem do 2. Bundesligi, to i tak nikt nie miałby prawa mieć do niego ani cienia pretensji, a i tak pozostałby nadal jego szkoleniowcem, tyle że szczebel niżej. Co ma do zyskania? W zasadzie wszystko, bo uratowanie ligi dla Hoffenheim będzie prawdziwym majstersztykiem. Zaliczyłby prawdziwy „wjazd z bramą” do ligi, choć wnikliwi obserwatorzy ligi już wiedzą, że czego jak czego, ale cojones to mu na pewno nie brakuje.

Nagelsmann przejął zespół tuż przed wyjazdowym meczem z Werderem Brema. Być może kluczowym w kontekście walki o utrzymanie, bo przecież rywalem był zespół sąsiadujący z Hoffenheim w tabeli, ale mający jednocześnie aż 5 punktów przewagi w zapasie. Porażka w zasadzie przesądzałaby o losach pupili Hoppa. Co zrobił Nagelsman? Wymyślił irracjonalne na pierwszy rzut oka ustawienie z Vollandem jako right-wing-backiem, dla równowagi po drugiej stronie dołożył mu również na wskroś ofensywnego Ochsa i zagrał trójką z tyłu, czego Stevens w tym sezonie absolutnie nie praktykował. Wóz albo przewóz. Przy odrobinie szczęścia i dzięki świetnej formie Baumanna w bramce, goście wrócili do domu bogatsi o punkt, a w minionym tygodniu ograli silny Mainz 3:2, wychodząc ze stanu 0:1 i na ten moment tracą już tylko dwa oczka do znajdującego się na pozycji barażowej Werderu.  Nadzieja znów ożywa.

Czego zatem dokonał Nagelsmann w tak krótkim czasie, że Hoffenheim znowu zaczęło gromadzić punkty? Po pierwsze odmłodził skład. Przywrócił do pierwszej jedenastki odstawionego przez Stevensa na boczny tor 20-letniego Nadiema Amiriego, a ten odwdzięczył mu się golem w meczu z Mainz, a także, o czym wspomniałem wyżej, dał prawdziwą szansę 19-letniemu Patrickowi Ochsowi. Lewa strona defensywy przez cały sezon była piętą achillesową TSG, bo ani Koreańczyk Kim, ani Jeremy Toljan nie grali na odpowiednim poziomie. Dodajmy do tego kolejnego 20-latka – Nicklasa Süle, który jednak ma już ogromne doświadczenie i pewne miejsce od 2 sezonów w wyjściowej jedenastce. Dodajmy jeszcze, że cała trójka to wychowankowie świetnie prosperującej akademii Hoffenheim, co też pewnie ma swoje znaczenie.

Po drugie pokazał, że jest trenerem elastycznym pod względem taktyki. Na mecz z Mainz posłał na boisko inny skład osobowy (w miejsce Kramaricia i Bicakcicia pojawili się Uth i Kaderabek) niż na mecz z Werderem i zupełnie inne ustawienie. W Bremie Volland biegał przy linii pełniąc rolę prawego wahadła, w meczu przeciwko Mainz zagrał po drugiej stronie ustawiony znacznie wyżej jako klasyczny lewoskrzydłowy w typowym ustawieniu 4-2-3-1. Nowa jest też filozofia gry Hoffenheim. Za Stevensa zespół najczęściej okopywał się na własnym przedpolu i czekał na to, co zrobi rywal. Dla Holendra ważne było przede wszystkim to, aby nie stracić gola. Nagelsmann natomiast mói otwarcie – ludzie przychodzą na mecz, by oglądać gole. Jego zespół broni znacznie wyżej, pojawiają się zalążki pressingu na połowie rywala. Tak przecież padł gol w meczu z Werderem – zepchnięcie rywala do bocznej strefy boiska, podwojenie go i jak najszybsze przeniesienie akcji pod bramkę rywala. Od dawna pisało się, że to znak firmowy młodziana, z jednej strony zapatrzonego w swojego mentora z Augsburga – Thomasa Tuchela, a z drugiej czerpiący garściami z filozofii Jürgena Kloppa.

nagel-klopp

Gra pressingiem jak Klopp i cieszy się jak Klopp. Kto wie, czy i sukcesów podobnych nie odniesie…

Po trzecie – zmiana mentalności zespołu. Wystarczy poczytać, co o pracy z Nagelsmannem mówią poszczególni piłkarze. Wystarczy poczytać i posłuchać, co o pracy z Nagelsmannem mówią Pirmin Schwegler, Nadiem Amiri, Marco Uth czy Kevin Volland. To oczywiste, że nie powiedzą na nowego trenera ani pół złego słowa, ale trudno nie dostrzec, że mówią więcej, niż wypada. Podkreślają, że trener im ufa, że jest czas zabawę i poważną pracę, a także miejsce na ofensywną grę – taką, jaką lubią. Podkreślają, że czują zaufanie ze strony trenera i widzą jego odwagę. I to chyba nie są przypadkowe słowa. Aż bije w nich od żalu kierowanego w stronę Stevensa, znanego murarza-zbrojarza, dla którego kult pracy liczył się ponad wszystko.

Co dalej z Hoffenheim? „We will say…”. W niedzielę z Dortmundem łatwo nie będzie, ale cztery punkty zdobyte na Werderze i Mainz pozwalają z nadzieją spojrzeć na ostatnie kolejki sezonu. Terminarz jest po ich stronie. W poniedziałek będą już mieli za sobą mecze z Bayernem, Borussią i Leverkusen, a w perspektywie spotkania z bezpośrednimi  konkurentami do walki o utrzymanie – Augsburgiem, Hannoverem czy Eintrachtem. Nadzieja zatem jeszcze nie umarła i nic dziwnego. W końcu „hoffen” po niemiecku znaczy właśnie mieć nadzieję…

Komentarze

Komentarze