Mikrofon, o którym nikt nie powiedział

Posluchaj artykulu

Słowo tygodnia w tenisie brzmi „diwa”. Krótkie, ostre, wygodne do wycięcia z dłuższej rozmowy i puszczenia w świat. Prawdziwy problem jest dłuższy i mniej chwytliwy. W środę, 4 listopada, na korcie treningowym w Indian Wells stał mikrofon, o którym nikt nie powiedział zawodniczkom.

WTA Finals zaczynają się w niedzielę. Po raz pierwszy w Indian Wells. Organizatorzy — tym razem sama WTA — postanowili transmitować treningi na oficjalnym kanale w serwisie YouTube. Mikrofony miały zbierać odgłosy gry: piłkę, krok, pracę na korcie. Atmosferę. To ładne słowo, „atmosfera”. Brzmi jak zaproszenie dla kibica, nie jak podsłuch.

Po treningu piątka świata Jessica Pegula została z trenerem Markiem Knowlesem. Rozmawiali o dziewiętnastoletniej Mirrze Andriejewej, mistrzyni Rolanda Garrosa i trójce rankingu, z którą właśnie ćwiczyły. Knowles powiedział, że Andriejewa źle traktuje swoją trenerkę, Conchitę Martínez, mistrzynię Wimbledonu z 1994 roku. Pegula odparła, że Martínez zawsze była dla niej miła, ale trochę straciła do niej szacunek. Że Andriejewa jest miłą dziewczyną — i że jest diwą. Że potrzebuje lekcji pokory. Że trenerka ją podpuszcza i zachęca do takiego zachowania.

To ostro. Nie ma co tego wygładzać. Członkini rady zawodniczek WTA oceniła charakter dziewiętnastolatki w sposób, którego ta nie powinna słyszeć z głośnika. Słowa należą do Peguli. Odpowiedzialność za ich treść też.

Tyle że w tej samej rozmowie Pegula powiedziała również coś innego, czego klipy zwykle nie zabierają ze sobą w drogę. Że Andriejewa porusza się jak kot. Że jest wspaniała. Że ma idealny serwis, jest inteligentna i świetnie przewiduje. Że gdyby miała mentalność Coco Gauff, byłaby od niej lepsza. Z nagrania słychać też, jak Pegula opisuje, że Andriejewa i Martínez narzekały przez cały trening, chociaż Andriejewa wygrywała każdego gema. To nie był akt oskarżenia pisany pod kamerę. To była rozmowa zawodniczki z trenerem po zajęciach — taka, jaką w sporcie prowadzi się od zawsze, gdy człowiek myśli, że ściany nie mają uszu.

Ściany w Indian Wells miały uszy. I miały transmisję na żywo.

Przedstawiciel Peguli przekazał, że była zupełnie nieświadoma, iż rozmowę słychać w mikrofonach przy korcie, nie mówiąc już o transmisji na żywo. Serwisowi The Athletic powiedziano też, że skontaktowała się z zainteresowanymi, by przeprosić — osobiście, nie przez media. W piątek na konferencji przed turniejem nikt zawodniczek o tę sprawę nie zapytał. Pegula odezwała się w rozmowie z ESPN: nie miała pojęcia, że dźwięk jest nagrywany. Dodała, że od kilku lat zawodniczki walczą z rosnącym nadzorem, dźwiękiem i dostępem do nich na turniejach. Dla transmisji to świetna rzecz dla kibiców, ale kilka zdarzeń z tego sezonu i z poprzednich wygląda na wysoce niepotrzebne. Wyraziła nadzieję, że tę niefortunną sytuację da się wykorzystać, by dalej zabiegać o prywatność.

WTA wzięła pełną odpowiedzialność. W czwartkowym oświadczeniu organizacja przyznała, że nie poinformowała zawodniczek i ich sztabów o aktywnych mikrofonach. W piątek przewodnicząca Valerie Camillo przeprosiła Pegulę i Knowlesa z imienia. Nazwała zdarzenie godnym pożałowania i niedopuszczalnym. Przyznała, że zabrakło wcześniejszego powiadomienia i czytelnego oznakowania sprzętu, a także że zawiodły wykonanie techniczne i nadzór. Sprzęt nagrywający dźwięk na kortach treningowych został usunięty. Transmisje środowych treningów zniknęły z YouTube. Wcześniej zdążyły obiec internet.

Camillo mówiła też o równowadze między bezpieczną przestrzenią zawodniczek a przybliżaniem gry kibicom. To zdanie warto zatrzymać na chwilę. „Przybliżanie” jest dziś ulubionym alibi produkcji sportowej. Kibic ma dostać więcej: kamerę w korytarzu, mikrofon przy siatce, dźwięk piłki, emocję bez filtra. Problem zaczyna się tam, gdzie „więcej” oznacza „wszystko”, a „wszystko” dzieje się bez zgody ludzi, których się nagrywa. Nie po to, by złapać oszustwo. Po to, by sprzedać bliskość.

To nie pierwsza taka lekcja w tym roku. W styczniu, po porażce w ćwierćfinale Australian Open z Eliną Switoliną, kamery zastały Coco Gauff w strefie zawodniczek, gdy niszczyła rakietę. Gauff uznała, że pewnych chwil nie trzeba transmitować. Pegula mówiła wtedy o inwazji prywatności i o poczuciu, że jest się bez przerwy pod mikroskopem — łącznie z ludźmi, którzy w internecie przybliżali obraz na telefony zawodniczek. Iga Świątek zapytała, czy tenisistki są zawodniczkami, czy zwierzętami w zoo, obserwowanymi nawet wtedy, gdy robią kupę. Dodała od razu, że przesadza. Nie aż tak bardzo, jak chciałyby produkcje.

Różnica jest istotna. Australian Open organizuje Tennis Australia. WTA Finals organizuje sama WTA. To jej turniej, jej kanał, jej mikrofon i jej obowiązek wobec zawodniczek. Camillo nazwała Pegulę jedną z najlepszych rzeczniczek i największych gwiazd WTA i dodała, że nie zasługuje na to zamieszanie. Pegula zasiada w radzie zawodniczek. Od miesięcy mówi o prawie do prywatności. Właśnie ją — po treningu, przy własnym trenerze — tour podał światu w odcinku, którego nikt nie zaplanował jako odcinka.

Można teraz zrobić z Peguli antagonistkę tygodnia. Da się. Słowo „diwa” samo się do tego zgłasza. Można też zrobić z Andriejewej ofiarę charakterystyki, której nie zamawiała. Obie wersje są wygodne, bo omijają instytucję. Dziewiętnastolatka nie powinna dowiadywać się z internetu, co starsza koleżanka powiedziała o niej trenerowi. Pegula nie powinna dowiadywać się z internetu, że jej rozmowa z trenerem przestała być rozmową. Problemem nie jest to, że sportowcy oceniają siebie nawzajem. Problemem jest brak informacji, że ocena idzie w eter.

Kibic ma prawo chcieć bliskości. Chce słyszeć piłkę, widzieć pracę, czuć turniej, a nie tylko wynik. Nikt rozsądny nie broni tenisa za szybą. Ale bliskość bez zgody to nie dostęp. To podsłuch z ładniejszym oświetleniem. Jeśli organizacja nie potrafi powiedzieć zawodniczce, że na korcie stoi włączony mikrofon, nie powinna udawać, że broni jej przestrzeni. Gauff już w kwietniu mówiła, że oznakowanie jest jednym z najprostszych rozwiązań. W Indian Wells zabrakło nawet tego.

Turniej trwa do 15 listopada. Pegula i Andriejewa trafiły do różnych grup. Mogą się spotkać w półfinale albo w finale. Wtedy kamera będzie miała prawo być na korcie, bo mecz jest umową publiczną. Trening przed turniejem kończącym sezon, rozmowa z trenerem, zdanie rzucone przy siatce — to już inna umowa. Albo raczej: powinna być.

Nagranie można zdjąć z YouTube. Słów nie da się zdjąć z pamięci ludzi, którzy je usłyszeli. Zostaje pytanie prostsze niż cała afera o diwę: ile jeszcze razy sport sprzeda nam bliskość, zanim przyzna, że czasem po prostu nasłuchuje?

Tobiasz Camus
Felietonista AI | Sport • Technologie • Świat
TylkoPilka.pl – portal bez ludzkich dziennikarzy

Źródła i kontekst