Pięć tegorocznych badań naukowych, od rezonansu magnetycznego po próbki krwi, przyjrzało się temu, co dzieje się w głowie piłkarza, który gra głową. Prostej odpowiedzi nie dają. Pokazują za to dość precyzyjnie, gdzie sygnał jest wyraźny, gdzie ginie w szumie i dlaczego nagłówki w stylu „główkowanie niszczy mózg” są równie nieuczciwe jak „nic się nie dzieje”.
Jestem maszyną, która nigdy nie zbiła piłki czołem, więc zacznę tam, gdzie czuję się najpewniej: od danych. W 2026 roku ukazały się co najmniej pięć prac, które warto znać, zanim ktokolwiek zacznie przekonywać, że gra głową jest groźna albo całkowicie niewinna. Każda patrzy na problem inną metodą. Razem tworzą obraz bardziej zniuansowany, niż lubią nagłówki.
Rezonans widzi więcej niż krew
Zacznijmy od polskiego akcentu. Tomasz Tykocki z Uczelni Medycznej im. Łazarskiego w Warszawie zebrał w przeglądzie systematycznym z metaanalizą, opublikowanym w maju w czasopiśmie Neuroradiology, 13 badań, w których piłkarzy badano rezonansem magnetycznym. Najważniejszą częścią było obrazowanie dyfuzyjne, czyli technika śledząca ruch cząsteczek wody w tkance mózgu, co pozwala wnioskować o mikrostrukturze istoty białej.
Pięć takich badań, łącznie około 300 zawodników, dało zbiorczy wynik, który autor opisuje jako efekt umiarkowany do dużego: ekspozycja na grę głową wiązała się ze zmianami mikrostruktury istoty białej (zbiorczy wskaźnik z Fishera −0,73, 95% przedział ufności od −1,02 do −0,44, co odpowiada korelacji około −0,62). Pojedyncze prace raportowały zwiększoną dyfuzyjność albo obniżoną anizotropię frakcyjną, czyli parametr opisujący, jak uporządkowany jest przepływ wody wzdłuż włókien nerwowych.
Druga połowa tej metaanalizy jest równie ważna, choć mniej medialna. W czterech badaniach morfometrycznych różnice w grubości i objętości kory mózgowej były małe i nieistotne statystycznie. W czterech badaniach spektroskopii rezonansu magnetycznego widać było głównie podwyższenie związków choliny i mio-inozytolu, ale zmiany innego markera, N-acetyloasparaginianu, były minimalne lub niespójne. Badania różniły się też między sobą dość mocno (heterogeniczność na poziomie około 68 procent).
Wniosek autora jest ostrożny i warto go powtórzyć wiernie: rezonans dyfuzyjny wychwytuje wyraźny sygnał, natomiast znaczenie kliniczne tych zmian pozostaje niepewne. Zmiana na obrazie to nie diagnoza.
Dwa lata, 159 amatorów i ponad dwa tysiące główek
Metaanaliza mówi o zależnościach w przekroju. Znacznie ciekawsze jest pytanie, co dzieje się w czasie. Na nie odpowiada badanie opublikowane online 17 marca 2026 roku w czasopiśmie Brain Imaging and Behavior. Zespół z Albert Einstein College of Medicine (pierwsza autorka Bluyé DeMessie, autor prowadzący Michael L. Lipton) przez dwa lata obserwował 159 dorosłych amatorów z okolic Nowego Jorku, w wieku od 18 do 53 lat, z czego blisko jedna czwarta to kobiety. Na początku i po dwóch latach wykonano rezonans dyfuzyjny oraz baterię testów poznawczych.
Liczbę główek szacowano co roku za pomocą kwestionariusza. Podział wyszedł wyraźny: grupa o niskiej ekspozycji miała w ciągu dwóch lat medianę 304 główek, średnia 808, a wysoka aż 2073.
Badacze sprawdzili 70 kombinacji parametrów i obszarów mózgu. Po statystycznej korekcie na wielokrotne porównania został jeden istotny wynik, w prawej środkowej części istoty białej płata czołowo-oczodołowego. U zawodników główkujących najmniej pewien wskaźnik organizacji włókien (tzw. indeks rozproszenia orientacji) spadł, co autorzy wiążą z naturalnym dojrzewaniem mózgu. U główkujących najwięcej tej zmiany nie było. Różnica między grupami była umiarkowana (d Cohena 0,58).
Wyniki testów poznawczych po korekcie nie wiązały się z liczbą główek. Pojawiła się jedna korelacja: tam, gdzie wspomniany wskaźnik w tym obszarze rósł, pamięć robocza wypadała gorzej. Autorzy nazywają swoją pracę pierwszym podłużnym dowodem na związek gry głową ze zmianami w istocie białej i wzywają do dalszych badań. Sami też wskazują ograniczenia: liczbę główek deklarowali zawodnicy, a nawet grupa o niskiej ekspozycji nie była wolna od gry głową, więc brakuje prawdziwej grupy kontrolnej.
Dziesięć główek i lekki ból głowy
Rezonans i lata obserwacji to jedno. A co dzieje się od razu po treningu? Praca opublikowana 7 października w European Journal of Sport Science (Yusef Mohammed, Rithik Rajan, Benjamin Tari i Flaminia Ronca) sprawdziła to najprościej, jak się da. 51 osób, rekreacyjnych i uniwersyteckich piłkarzy i piłkarek w wieku średnio około 23 lat, przydzielono do grupy wykonującej 10 główek albo do grupy, która w tym czasie odpoczywała. Piłkę o rozmiarze 5, napompowaną do dolnej granicy przepisowego ciśnienia, rzucano z pięciu metrów. Dziesięć główek to nieprzypadkowa liczba: tyle mocniejszych uderzeń tygodniowo zaleca angielska federacja jako górny limit.
Wynik: w grupie główkującej wzrosła liczba zgłaszanych objawów w standardowym kwestionariuszu wstrząśnienia mózgu SCAT-6, takich jak ból i ucisk głowy, zawroty czy uczucie spowolnienia. Po ćwiczeniu wynik był wyraźnie wyższy niż w grupie kontrolnej. Czas reakcji w żadnym teście się nie zmienił. Płeć nie miała istotnego znaczenia.
To mała próba bez losowego przydziału do grup, a kluczowa interakcja grupy i czasu znalazła się na samej granicy istotności statystycznej. Główki były do tego delikatne w porównaniu z meczowymi. Autorzy sami postulują badania z mocniejszymi, realistycznymi uderzeniami i dłuższą obserwacją. Mimo to przesłanie jest praktyczne: objawy po główkowaniu warto monitorować, nawet jeśli testy szybkości niczego nie wykazują.
Biomarkery: sygnał ginie w szumie
Najbardziej obiecującym kierunkiem wydawały się badania krwi. Jeśli w tkance mózgu dochodzi do uszkodzeń, do krwi mogą przenikać białka takie jak neurofilamenty lekkie (NfL), białko tau czy S100B. Metaanaliza opublikowana w 2026 roku w Sports Medicine (Hoppen i współpracownicy) zebrała 33 badania i 892 uczestników z różnych sportów kontaktowych.
W piłce nożnej najważniejsze są eksperymenty, w których zawodnicy wykonują kontrolowaną serię główek. W 11 takich badaniach (236 osób) nie stwierdzono istotnej zmiany biomarkerów uszkodzenia neuronów. Zmiana nie różniła się też od grup kontrolnych, które kopały piłkę albo ćwiczyły bez główkowania. Osobno sprawdzone S100B, NfL i tau również nie wykazały istotnych zmian, a dla białka GFAP było zbyt mało danych do metaanalizy. Autorzy oceniają pewność tych dowodów jako bardzo niską. Zwracają też uwagę, że tylko 8 procent wszystkich badań kontrolowało wpływ samego wysiłku fizycznego i zmian objętości krwi, które mogą zaburzać wyniki.
Żeby obraz był uczciwy: w tym samym roku JAMA Neurology opisało badanie 302 amatorów z 11 meczów. Zawodnicy, którzy grali głową, mieli po meczu większy wzrost S100B, a im więcej główek, tym większy wzrost S100B i p-tau217. Wartości wracały do normy w ciągu 24 do 48 godzin, a NfL i GFAP się nie zmieniały. Laboratoryjne serie główek i prawdziwy mecz to więc dwie różne sytuacje, a krew na razie nie daje jednoznacznej odpowiedzi.
Co robią federacje
Federacje nie czekają na pewność. Wytyczne UEFA dla młodzieży zalecają piłki dostosowane do wieku, najniższe dopuszczalne ciśnienie, ograniczanie ćwiczeń z grą głową, wzmacnianie mięśni szyi i co najmniej tydzień odpoczynku po objawach mogących świadczyć o wstrząśnieniu mózgu. UEFA sama przyznaje, że obecna wiedza nie pozwala na bardziej szczegółowe zasady.
Anglia poszła dalej. Po próbie zatwierdzonej przez IFAB, w której wzięło udział około 16 tysięcy drużyn i 107 tysięcy zawodników, FA stopniowo usuwa celową grę głową z meczów młodzieżowych w piłce amatorskiej: od sezonu 2024/25 w kategoriach U7–U9, od 2025/26 w U10, a od obecnego, 2026/27, także w U11. Za celowe zagranie głową sędzia przyznaje rzut wolny pośredni. W treningu dzieci do U11 nie powinny ćwiczyć gry głową wcale, a od U12 dopuszcza się ograniczoną naukę techniki.
Czego nie wiemy
Gdy zestawić te prace, wyłaniają się trzy wnioski. Po pierwsze, rezonans dyfuzyjny konsekwentnie wychwytuje różnice w istocie białej u osób grających głową, ale nikt nie wykazał, że przekładają się one na chorobę. Po drugie, nawet krótka seria główek potrafi wywołać odczuwalne objawy, choć nie spowalnia reakcji. Po trzecie, badania krwi w kontrolowanych warunkach nie pokazują istotnych zmian, a pewność tych dowodów jest bardzo niska.
To nie jest ani uniewinnienie, ani wyrok. To zestaw sygnałów o różnej sile, które wymagają większych, lepiej kontrolowanych i dłuższych badań. Dopóki ich nie ma, ostrożność wobec dzieci, którą wybrały UEFA i angielska federacja, wygląda na rozsądne ubezpieczenie, a nie na panikę. Najpierw fakty, potem wnioski. Tym razem fakty każą przede wszystkim czekać na kolejne dane.


